Czy byłeś kiedyś na obozie wędrownym lub pod namiotami?

Ula nigdy nie była. Rodzice woleli wakacje all inclusive w jakimś z hoteli nad morzem. A wtedy wychowawczyni w szkole zaproponowała wyjazd na obóz letni. Cztery dni pobytu w Bieszczadach, w tym trzy noce w namiotach. Jak mogła się z tego wywinąć?

Rodzice jednak uznali to za doskonały pomysł, a najlepsza koleżanka namawiała, żeby koniecznie pojechać. W rezultacie Ula wysiadła z pociągu obciążona plecakiem, tak ciężkim, że w jej opinii nawet zawodnik Sumo czułby się przytłoczony. Nie chciała tego nosić, ale wiedziała, że wszystko co ma zapakowane jest potrzebne do przetrwania. Dlatego, choć miała ochotę wywalić plecak w krzaki, wlokła się z nim. Jak bardzo była szczęśliwa, gdy w końcu na miejscu obozowiska mogła go zrzucić z barków!

PATRZ!

Wychowawczyni zawołała dziewczyny: „kiedy już rozbijecie namioty (super, jak się to u licha robi – pomyślała Ula) możecie przejść się po lesie, ale nie oddalajcie się zbytnio!” (Bez obaw – pomyślała Ula). Wychowawczyni kontynuowała: „Chciałabym, żebyście rozejrzały się dokładnie – odkryjcie kolory, kształty, cienie, półtony, poruszenia przyrody. Zróbmy takie ćwiczenie – skupcie się na tym przez pierwsze dziesięć minut. Tylko spacer i rozglądanie się, bez rozmowy.”

Chyba żartuje – rzuciła Ula przyjaciółce. Sama nie pamiętała dziesięciu minut ciszy w swoim życiu, no chyba że spała. Jednak postanowiła dać wychowawczyni szansę.

Hej, te liście wcale nie są zielone! – pomyślała. Rzeczywiście liście były w wielu odcieniach, łącznie z niebieskawo-zielonym, miały różne kształty i poruszały się na wietrze – każdy na własny sposób. Wtedy wyszła na łąkę i ją wręcz zamurowało. Nie miała pojęcia, że dzika łąka może tak wyglądać. Było tu mnóstwo kolorów, chyba z dwadzieścia różnych gatunków kwiatów, z większością których nigdy się wcześniej nie zetknęła. Zobaczyła też krzak dzikiej róży. Na skraju łąki stało na wpół zmurszałe drzewo, od środka jakby wydrążone. Ponieważ dziupla była duża, Ula (sprawdziwszy, czy nie czają się tam pająki i inne robale) weszła do środka. Stwierdziła, że przesiedzi sobie te dziesięć minut w kryjówce, a potem wyskoczy na wracającą przyjaciółkę, żeby ją wystraszyć. Siedziała tak sobie rozglądając się i zobaczyła kolorowego chrząszcza, czy innego robala idącego po podłożu. Wspinał się na kawałki drewna, opuszczał z powrotem na ziemię w podróży nie wiadomo dokąd. Dziesięć minut minęło błyskawicznie. Gdy usłyszała rozmawiające dziewczyny nie miała ochoty wyjść ze swojej kryjówki. Było tu tak spokojnie. No i chciała dowiedzieć się dokąd idzie chrząszcz. Pozostała więc w niej jeszcze przez chwilę.

POSŁUCHAJ!

Po kolacji (obozowe żarcie jest ohydne, pomyślała), wychowawczyni poprosiła by dziewczyny usiadły wokół ogniska, znów w ciszy, i posłuchały odgłosów wieczornego lasu. Odgłos trzaskających w ogniu gałązek dawał poczucie przytulności i ciepła. Trochę jak kominek. Szumiały liście, było słychać też układające się do snu ptaki. Ktoś puścił głośnego bąka i wszystkie zaczęły się chichotać. (Na kolację była fasolka, bleee). Po chwili jednak znów zapadła cisza. Odezwała się sowa, zaczęły cykać świerszcze. Mimo odgłosów wiatru w drzewach, ptaków, świerszczy, ognia Ula wciąż myślała o tym jako o ciszy. I to ciszy, której dobrze się słucha. Zauważała w niej coraz to nowe dźwięki, na przykład delikatny szum niedalekiego strumienia.

POCZUJ ZAPACH!

W kolejnym dniu wychowawczyni poprosiła, by tym razem skupiły się na zapachach. (Błagam, niech tym razem nie będzie na kolację fasoli, – pomyślała Ula.) Las pachniał, trudno to określić – zielono? Wilgotno, świeżo, aromatycznie i z zdecydowanie zielono. Ula wróciła do krzaku dzikiej róży. Ten zapach był inny, słodki, miodowy wręcz. Jednak i inne kwiaty na łące pachniały. Ula zaczęła zrywać pojedyncze liście i rozcierać je w rękach. Jeden z nich pachniał miętą. (A więc tak wyglada mięta? Zadumała się Ula znająca dotąd miętę z papierowych saszetek do zaparzania.) uli spodobał się też zapach rozkopanej ziemi, jaki nie wiedzieć czemu wypełniał w nocy namiot.

POCZUJ SMAK!

„Czy znacie smaki lasu?” Zapytała kolejnego dnia wychowawczyni. „Uważajcie na jagody, generalnie jak coś jest czerwone i ma kolce to jest raczej trujące (oprócz głogu), ale najlepiej jedzcie tylko to, co wam pokażę.” I tak dziewczyny posmakowały jagody, miętę, dzikie jabłka i wiele innych rzeczy. (Nie zdawałam sobie sprawy, że w lesie jest tyle rzeczy do jedzenia – zdziwiła się Ula.) A wieczorem na kolację jadły jajecznicę z kurkami. To było coś! Szczególnie po fasoli, która wszystkim już wychodziła uszami.
Ostatni dzień poświęcony był dotykowi. Wpierw wychowawczyni przestrzegła przed niebezpiecznymi roślinami (zwłaszcza przed barszczem Sosnowskiego, choć w okolicy nie było go widać), pokazała też filmik „jak jeść pokrzywę”. Potem opowiedziała o zmyśle dotyku. „Cała nasza skóra jest jednym wielkim narządem zmysłowym – właśnie zmysłu dotyku. Gdyby człowieka obedrzeć ze skóry i ją rozłożyć, zajęła by dwa metry kwadratowe. (Obrzydlistwo – pomyślała Ula) Skupcie się dziś na tym, czego w lesie można doświadczyć za pomocą dotyku. Nie chodzi tylko o dotykanie, ale np. odczucie podmuchu wiatru na skórze, ciepła słońca itp.”
Ula poszła znów do swojej kryjówki. Chrząszcz nadal tam był. Położyła go sobie na dłoni i zaczęła chichotać, gdy jego malutkie nóżki przebierały po skórze w panicznej ucieczce. Dotykała kory, dziwiąc się, że każde drzewo ma inną teksturę, zanurzała nogi w strumyku, zauważając, że w spokojnym zakolu, gdzie woda niemal stoi jest ona cieplejsza niż w głównym nurcie. Na brzegu znalazła piórko i łaskotały się nim z przyjaciółką. Bardzo miłe był też zanurzenie stóp w sypkim jasnym piasku nad brzegiem strumienia. Po raz pierwszy też zwróciła uwagę na miękkość trawy, na której rozłożyły namiot, dzięki czemu karimata nie była tak twarda jak gdy wypróbowywała ją przed wyjazdem w domu.
Choć Ula zawsze myślała o sobie jako o dziewczynie „miastowej” po powrocie z obozu ze zdumieniem odkryła, że czeka na kolejną okazję pojechania pod namiot. A na razie zaczęła włóczyć się po okolicy. Nie wiedziała dotąd, że w okolicy jest tak dużo pięknych ogrodów, ani że w parku są tak urocze zakątki. Gdy spacerowała po parku wdychając zapachy kwiatów, wystawiała twarz na ciepłe słońce i chłodny wiatr. Słuchała ptaków, na które dotąd nie zwracała uwagi. Na balkonie zasadziła miętę i melisę. Wieczorem oglądała z balkonu zachód słońca żując miętę … i widziała, jak to wszystko było dobre.

BIBLIOGRAFIA:

Historia na podstawie książki:
George W. Burns „101 Healing Stories: Using Metaphors in Therapy” 2001

 

Share

Artykuły pokrewne